Moc Dysleksji. Licencjonowana metoda Rona Davisa.

Aktualność dodana przez: admin | Kategoria: Aktualności | Data: 21-09-2019

MAMA DZIECKA Z DYSLEKSJĄ – AGENTKA DO ZADAŃ SPECJALNYCH
Im dłużej pracuję dziećmi dyslektycznymi i ich mamami, tym bardziej rozumiem, jak bardzo mama i jej nastawienie są ważne. Taka mama wcale nie rodzi się z zestawem potrzebnych cech, by rzeczywiście pomóc swojemu dziecku. Ciężko na nie pracuje. I gdy w końcu zgromadzi większość odpowiednich przymiotów, sukces dziecka staje się łatwiejszy.
Początkowo każda mama myśli podobnie: „przecież jeśli tylko dłużej przysiądziemy, damy radę”. Siadają więc razem – mama i dziecko, ćwiczą godzinami i… niewiele to daje. Dziecko w domu umie, ale na sprawdzianie pisze jakoś inaczej. Więc może trzeba przysiąść jeszcze dłużej…? Im więcej nacisków ze strony mamy, tym większy opór dziecka. Mama walczy z własną złością, zniechęceniem, bezradnością i brakiem cierpliwości, stopniowo przejmując odpowiedzialność za zadania domowe i oceny szkolne. Czuje, że tak właśnie robić powinna, ponieważ nauczyciele powtarzają „Proszę pracować więcej”.
Niestety, szkoła nie jest przygotowana do tego, by pomóc dziecku z dysleksją i stara się przerzucić odpowiedzialność na barki rodzica. „Pani syn za wolno pracuje”, „Córka źle przepisuje z tablicy”, „Muszą Państwo popracować nad charakterem pisma”, „Proszę coś zrobić z ortografią”. Ale czy rodzic może zdziałać coś więcej niż nauczyciel, nie będąc w żadnym nawet calu pedagogiem? To trochę tak, jakby lekarz podczas wizyty powiedział nam: „Proszę się jednak bardziej skupić, bo sama pani widzi, że nie idzie nam z tą diagnozą”.
To, że szkoła nie do końca radzi sobie z dysleksją, to kwestia systemu edukacji, który niestety pod tym względem nie jest, i nie był, reformowany. A tymczasem podstawowy program trzeba by mocno okroić. Pozostałe godziny dzieci powinny spędzać w szkole albo rozwijając prawdziwe zainteresowania i talenty, albo korzystając z pomocy w zakresach, w których mają problemy.
Godzinowo wyszłoby to samo, co mamy teraz, ale każdy uczeń dostałby to, czego potrzebuje. W dodatku, jeśli ktoś korzystałby z pomocy np. w zakresie języka polskiego, to mógłby rozwijać swój talent w innych przedmiotach.
Tymczasem na razie zajęcia z pedagogiem, które proponuje szkoła, tylko w nielicznych przypadkach przynoszą dobre efekty – wszystko zależy od tego, ile sam pedagog szkolny inwestuje w wiedzę poświęconą wszelkim problemom z czytaniem, pisaniem, liczeniem, koncentracją uwagi itp. W dodatku zajęcia te odbywają się po lekcjach, więc dzieci z problemami są często już zmęczone szkołą, przeciążone pracą i wcale nie chcą uczestniczyć w dodatkowych lekcjach. Idą tam tylko po to, by szkoła zechciała respektować opinię z poradni.
Wracając do mamy: mama, gdy słyszy, że ma coś zrobić, stara się coś zrobić. I stopniowo daje się wkręcić w spiralę przejmowania obowiązków szkolnych. Jednocześnie gdzieś podświadomie wie, że coś jest nie tak, więc zaczyna wpadać w coraz większą frustrację. Bo w końcu ileż można pomagać? A programy z roku na rok pęcznieją. Piąta klasa jest jeszcze do ogarnięcia. W szóstej bywa trudnej, w siódmej utrzymanie dobrych stopni to prawie niewykonalne…
I wtedy mama szuka pomocy na własną rękę. Czyta książki, załatwia korepetycje, inwestuje w nowoczesne metody. Ale przede wszystkim zaczyna dostrzegać, że nie można dać się zwariować. To jest moment zwrotny. Mama, która odpuszcza, to jest ideał, do którego wszystkie powinnyśmy dążyć, jeśli chcemy poradzić sobie z dysleksją naszego dziecka. I wcale nie chodzi o to, by nic nie robić – oczywiście, że szukamy skutecznych metod i pracujemy nad tym, by naszemu dziecku było łatwiej. Tu raczej chodzi o stres i poczucie odpowiedzialności.
Naszemu dziecku ma prawo pójść gorzej. Dziecko może dostawać słabsze oceny z przedmiotów, które nie są jego miłością. Nie szkodzi, że będą pojawiać się zarówno wzloty, jak i upadki. I przede wszystkim – dysleksja naszego dziecka nie wystawia nam cenzurki jako rodzicowi. To jest po prostu dysleksja.
Spokojna mama, która nie spina się na myśl o gorszych stopniach i braku zadań domowych, jest lepszym wsparciem dla dziecka niż mama nerwowa. Kiedy zaczyna odpuszczać, dziecko ma szansę się nauczyć, jakie są konsekwencje braku zadań i że w zasadzie nie chodzi o to, by uczyć się dla rodziców, tylko jednak dla siebie. Spokojna mama jest kimś, do kogo można przyjść i poprosić o wsparcie, w chwili, kiedy coś nie idzie. Spokojna mama daje w końcu to wyciszenie, które potrzebne jest dyslektykowi, by opanować problemy z nauką. W stresie nauka do głowy po prostu nie wchodzi…
Podczas moich zajęć widzę, jak dzieci bez wywierania presji z zewnątrz, szybko opanowują stres związany z czytaniem, pisaniem i liczeniem i zaczynają naukę traktować… neutralnie. Nie mówię, że od razu z radością, bo nie zawsze się to zdarza – choć bywa i tak. Jednak neutralnie, to już coś – to zadanie do wykonania, to zwykła praca, która wymaga po prostu czasu i tyle.
Mama dziecka dyslektycznego, czyli mama do zadań specjalnych, która odnosi sukcesy, w wersji idealnej dąży do tego, by osiągnąć taki zestaw cech:
• Spokój i brak wewnętrznej presji, że jako mama musi sprostać wszystkiemu
• Przekonanie, że dziecko uczy się samo, a rodzic może ewentualnie pomóc
• Odpuszczanie, jeśli nauka przekracza jakąś sensowną liczbę godzin (dziecko musi mieć hobby i musi spać)
• Chwalenie za postępy, a nie za stopnie
• Akceptacja faktu, że nie wszystkie przedmioty będą wyglądały tak samo dobrze na świadectwie
• Domaganie się od nauczycieli, by zapoznali się z opinią poradni i dostosowali odpowiednio wymagania
• Poszukiwanie odpowiedniego wsparcia poza szkolnym systemem (np. jeśli dziecko ma problem z przetwarzaniem słuchowym i taką opinię uzyskaliśmy z poradni, to szukamy specjalisty od przetwarzania słuchowego; jeśli czytanie wyrazów odbywa się od środka lub od końca, a pewne słowa są pomijane, mylone są podobne litery, może być metoda Rona Davisa, przedtem jednak badamy wzrok dziecka nie tylko u okulisty, ale także u ortoptyka; jeśli dziecko ma kłopoty z równowagą, myli stronę prawą z lewą, źle zapamiętuje, jest wrażliwe na dotyk, szukamy zajęć integracji sensorycznej – często problemy z czytaniem i pisaniem mogą mieć także swoje źródło w braku wygaszenia pierwotnych odruchów)
• Taka organizacja nauki, by – jeśli się da – przypominała coś przyjemnego (np. zapamiętywanie państw i stolic on-line; są takie strony w Internecie, które to umożliwiają)
• Poszukiwanie talentów u dziecka i ich rozwijanie – nawet jeśli dany talent się jeszcze nie ujawnił, to warto pokazać dziecku wiele możliwości, by miał szansę znaleźć coś dla siebie
• Utwierdzanie dziecka w poczuciu, że dysleksja związana jest z innym sposobem myślenia, ale nie gorszym, tylko często lepszym (wiele wybitnych osób, poczynając od Einsteina miało dysleksję); jeśli uczeń pokona trudności ze znakami umownymi (litery, cyfry), to potem już naprawdę nic go nie ogranicza…
Ron Davis mówi o darze dysleksji. Taką też napisał książkę („Dar dysleksji”, Wydawnictwo Zysk i S-ka). Podkreśla tam, że problemy z czytaniem, pisaniem lub liczeniem wynikają z rozproszenia – wyobraźnia dziecka jest tak bogata, że nieustannie chce być we wszystkich miejscach naraz. Trudno wtedy skupić się na literach. Tego skupienia można się nauczyć. Jednak na pewno nie dzięki presji, jaką szkoła chce wywrzeć zarówno na uczniach, jak i na ich mamach, które naprawdę muszą przejść długą drogę, żeby nie dać się zwariować, odnaleźć w tym wszystkim jakiś spokój i przekazać go dziecku.
Anita Chmara
Trener metody Rona Davisa
mocdysleksji. pl
+48 607 639 262

Koniec artykułu